Wprawdzie pogoda obecnie nas nie rozpieszcza, ale w internecie całorocznie pełno zdjęć pięknych jeźdźców na pięknych koniach. Wiele osób zabrało się niedawno za intensywne poszukiwania konia do zakupu, żeby mieć go już „w gotowości” od początku wiosny na sezon. Założenia, niestety, przeważnie bywają podobne: koń ma być super jakości! I piękny, i oczywiście zdrowy, no i najlepiej przy tym nie za drogi. A że wyszkolenie musiałoby kosztować, to nie przeszkadza w ogóle, że koń będzie surowy albo ledwo unoszący jeźdźca w trzech chodach. Przecież z czasem dorośnie i „jakoś” sam się przy tym wyszkoli i będzie dobrze chodził. No przecież nie szukamy konia na olimpiadę! To wiadomo – z tym że jezdnego, przyjemnego pod siodłem i ułożonego wierzchowca już na pewno tak. Konia, który będzie rozumiał i respektował pomoce, będzie miękki i elastyczny, chętnie idący naprzód, ale w równych stabilnych chodach, podporządkowany i pod kontrolą. Kupując surowego konia z tych cech nie dostaniemy nic.
Mały konik jest uroczy, ale zanim będzie z niego większy konik, który w minimalnym stopniu będzie Cię rozumiał – miną lata. Lata, które możesz spędzić na świetnej zabawie na końskim grzbiecie, albo – na czekaniu na nią, bez gwarancji, że tak naprawdę masz na co czekać:

Dla wielu osób młody wiek konia wydaje się być wręcz zaletą. Instynktownie myślą o takim koniu jak o kotku czy szczeniaczku – każdy chce przecież przygarnąć słodkiego maluszka, który się przywiąże. Dorosłe psy i koty wydają się być jakieś takie „za stare” i tę miłość do nieporadnych małych zwierzątek chętnie rozciągamy również na wierzchowce. Tyle tylko, że źle ułożony piesek będzie zapewne szczekał na listonosza, gryzł buty albo ciągnął na smyczy. Źle ułożony koń – no nie, nie zamierzam straszyć, że będzie niebezpieczną maszyną do zabijania, chociaż takie trudne konie też się zdarzają – będzie po prostu bardzo nieprzyjemny do jazdy. Walczący z ręką, ciągnący, szarpiący, ciężki, „wyryjony na lamę” i robiący wszystko co tam jeszcze można w tym temacie dopisać. Opieszały i nieskory do ruchu – albo przeciwnie, uciekający, ponoszący i straszący tym jeźdźca. Będzie na stałe asymetryczny, co skończy się tym, że koń „chodzi tylko na jedną stronę”. Kompletnie pozbawiony równowagi. Sztywny, zablokowany plecami, a co za tym idzie potwornie niewygodny do wysiedzenia. Obolały. Nieszczęśliwy. Taki, na którym przyjemność z jazdy będzie bliska absolutnemu zeru. I co gorsza, obustronnie, czyli nie tylko jeździec będzie załamany i w depresji. Koń dokładnie tak samo.
Dobra jazda konna i dobra praca z koniem to posiadanie wspólnego języka. Żeby ten język mógł zaistnieć, jeździec musi posiadać swobodny i rozbudowany warsztat pracy w postaci niezależnie działających pomocy jeździeckich oraz odpowiedniego doświadczenia i wiedzy. Surowy lub niedoświadczony koń nie nauczy niczego jeźdźca. Nie da mu tego niezbędnego warsztatu. A bez warsztatu nie jesteśmy w stanie z koniem rozmawiać, ergo – nie jesteśmy w stanie konia niczego nauczyć.
Będziemy się uczyć razem
Zgadnijcie, ile razy słyszałam to od różnych par? 😉
Par, w których jeźdźcy kilka lat po niefortunnym zakupie surowego konia musieli przyznać, że ta wspólna nauka nie wyszła za bardzo tak, jak była planowana. Owszem, założenie o równoległym szkoleniu jest realne, jeśli para ma przez 100% czasu opiekę naprawdę dobrego – i zaangażowanego! – trenera. Większości z nas dostępu do szkoleniowców brak.
Posłużę się anegdotką
Załóżmy, że usłyszałaś piosenkę w języku francuskim i zakochałaś się w nim (podobnie, jak zobaczyłaś idealnie zgranych ze sobą jeźdźca i konia, który z gracją i jakby od niechcenia wykonują najtrudniejsze ujeżdżeniowe elementy i ten obrazek Cię zauroczył). Ah, ta francuska mowa! Ten rytm, ta melodia, tak przyjemnie brzmiące dla ucha słownictwo! I chociaż po francusku nie znasz ani słowa, Twoim marzeniem zostaje nauczenie się języka – i to najlepiej tak biegle, żeby móc samemu komponować piękne piosenki.
Zatem, aby tego dokonać, zakupujesz sobie sześcioksiąg La Comédie Humaine Honoriusza Balzaka w oryginale.
Będziesz się uczyć czytając!

Już przebierasz nogami z niecierpliwości, ile czeka Cię radości po drodze do wymarzonego celu. Przygotowujesz sobie wygodny fotel, kieliszek wina, imbirowe ciasteczka na przekąskę, rozsiadasz się wygodnie, otwierasz pierwszą księgę na pierwszej stronie… I nie rozumiesz nic. Kompletnie. No trudno – może coś się rozszyfruje w trakcie lektury? Przewracasz kartę książki, później kolejną… Nadal nic, a rośnie frustracja. Spędzasz kilka godzin bez żadnych rezultatów. Mimo prób czytania nie idzie w ogóle nauka
Coraz niecierpliwiej przewracasz strony, książka staje się nieco wymięta, a jedna kartka się nadrywa. Z frustracją i uporem maniaka dalej robisz swoje, no przecież miałaś się nauczyć języka! Co za durna książka! Z tomu wypada spis treści, ale w ogóle Cię to nie obchodzi, bo czujesz się zła, że nic nie idzie zgodnie z planem. O, czekaj – chyba jest wreszcie sensownego: w szyku zdań odnajdujesz wyraz lustre. To może bohater ogląda w lustrze swoje oblicze? Rondelle – pewnie coś sobie ugotował w garnuszku. Dalej jest jakiś jour (wymowa: żur), na pewno chodzi o żurek w rondelku?
No cóż, tak właśnie wygląda to uczenie się razem, a francuski sześcioksiąg – to właśnie młody, surowy koń. Bez wiedzy i umiejętności jeździec nie znajdzie żadnego punktu zaczepienia, a współpracę może zacząć budować na zupełnie fałszywych przesłankach.

Rachunek sumienia
Bardzo mądre przysłowie mówi o tym, żeby „nie porywać się z motyką na słońce”. Zanim sobie sprezentujemy ślicznego młodego kociaczka – tfu, miało być – koniczka, warto na spokojnie, na zimno i na trzeźwo przemyśleć, czy naprawdę nadajemy się na wychowawcę i mentora dla co najmniej 600-kilogramowego niemowlaka. Piszę to naprawdę z autopsji, bo chociaż miałam możliwość przepracować już sporo tych młodych koni, to nigdy nie było wyłącznie łatwo i z górki. Popełniałam przy tym – i nadal wciąż popełniam – mnóstwo błędów.

Stąd też szczerze doradzam porywać się na pracę z surowym czy młodym koniem, jedynie wówczas, gdy:
– potrafisz używać pomocy. Wiesz, co to jest półparada, wiesz, kiedy ją zastosować. Masz rękę totalnie niezależną od dosiadu, niezłomną i stabilną, nawet wtedy, gdy wierzchowiec uskutecznia pod siodłem dzikie harce. Jeździsz konie od tyłu do przodu, tak że same chętnie przychodzą do ręki i stają się przypuszczalne. Potrafisz działać łydką aktywizując prawą i lewą zadnią kończynę. Wiesz w każdym chodzie, kiedy koń stawia którą nogę – i w każdej chwili możesz na nią wpłynąć, tak aby kończyna została postawiona głębiej/szybciej/wolniej/bardziej przed sobą/bardziej z boku. Umiesz uzyskać reakcje na subtelne działanie łydki i ręki. Doskonale wiesz, jakie to uczucie, kiedy jedziesz konia wewnętrzną łydką do zewnętrznej wodzy. Potrafisz samym dosiadem wpłynąć na tempo i rytm konia w każdym chodzie – zwolnić go, ale też uwolnić energię i wypuścić ją naprzód. Nie masz wątpliwości, jak dosiadem przesuwa się równowagę konia na tylne nogi.
Jeśli jednak kontakt oznacza dla Ciebie ganaszowanie końskiej głowy i trzymanie jej w jakiejkolwiek pozycji, co wychodzi tym gorzej, im silniejszy jest koń – nie bierz się za młodego konia. Jeśli działanie łydki polega na podkopywaniu konia i zaciskaniu jej tak, że tracisz parę w nogach – nie bierz się za młodego konia. Jeśli jazda konna i utrzymywanie się na końskim grzbiecie wymaga od Ciebie sporo wysiłku i jest dość męczące (czyli nie masz wystarczającej równowagi) – nie bierz się za młodego konia.
– masz doświadczenie. Spędziłaś kilka lat na grzbiecie doskonale wyszkolonego konia-profesora. Dosiadasz bardzo różnych koni, umiesz u każdego odnaleźć jego największe zalety i błyskawicznie określić najsłabsze miejsca. Obserwujesz lub bierzesz udział w treningu wielu koni na różnym poziomie wyszkolenia na przestrzeni wielu miesięcy – lub nawet lat. Jeździsz na kliniki, szkolenia, cały czas intensywnie poszerzasz swoją wiedzę.
Jeśli jednak wcześniej miałaś konia, który nie potrafił wiele więcej, niż tylko cierpliwie wozić jeźdźca na grzbiecie, a Tobie szło z nim średnio i stąd w ogóle pojawił się pomysł na zmianę wierzchowca – nie bierz się za młodego konia. A tym bardziej, jeśli dopiero przymierzasz się do zakupu swojego pierwszego rumaka – nie bierz się za młodego konia!

– nie boisz się. Rzadko spadasz z konia, a jeśli Ci się to przytrafi… no cóż, zdarza się, odławiasz wierzchowca, wsiadasz i kontynuujesz pracę bez żadnych dodatkowych emocji. Młode konie, nawet te najgrzeczniejsze i najbardziej kochane mają czasem dziwne pomysły.
Jeśli jednak siedząc na końskim grzbiecie nie czujesz się równie komfortowo, jak na krześle przed komputerem – nie bierz się za młodego konia. Jeśli myśl o tym, że koń mógłby się zabrać i ponieść się w szalonym tempie sprawia, że pocą Ci się ręce i zbliża się stan przedzawałowy – nie bierz się za młodego konia. Jeśli boisz się, że koń bryknie, odskoczy, spłoszy się, zawinie, lub jeśli boisz się braku kontroli, braku hamulca oraz sterów – nie bierz się za młodego konia. Jeśli w newralgicznych sytuacjach, kiedy koń zachowa się niesubordynowanie lub mało przewidywalnie spinasz się, sztywniejesz i czujesz stan przedzawałowy – nie bierz się za młodego konia.
– jeździecko masz co robić. Masz drugiego, dorosłego konia – własnego lub dzierżawionego. Zupełnie nie przeszkadza Ci fakt, że chociaż jesteś w stajni codziennie, to z młodym koniem pracujesz z ziemi lub wsiadasz raptem na 30 minut. Za to zdarza się dodatkową nieplanowaną godzinę zamiast w siodle spędzić na nauce wchodzenia do myjki. I tak przez najbliższe dwa-trzy lata.
Jeśli jednak chcesz dużo jeździć i brać udział w ciekawych i intensywnych treningach – nie bierz się za młodego konia (przez pierwszy rok jedyne ciekawostki, jakie Was czekają, to duże koła i zmiana chodów…).
– możesz liczyć na doświadczoną i zaangażowaną pomoc z ziemi. W tej branży naprawdę wszyscy mają swoich trenerów, choćby byli super utalentowanymi jeźdźcami na międzynarodowym poziomie. Potrzebny jest ktoś, kto będzie mógł ocenić pracę, podpowiadać, kiedy wprowadzić nowe rzeczy, kiedy cofnąć się do odrobienia niższych lekcji, ktoś, kto będzie mógł w porę uchronić Cię przed zabrnięciem w ślepe uliczki.
Doświadczenie versus nowicjat: 12-letni Skwarek pracujący na poziomie Grand Prix i Hendrix 2,5-latek, który nie umiałby zrobić kółka kłusem na kantarze, zatrzymać się, ruszyć, stać na myjce, nosić derki, nie mówiąc o noszeniu siodła tudzież jeźdźca…

Młode konie to naprawdę nie jest lekki kawałek chleba i dlatego z całej siły przestrzegam przed zakupem surowego konia czy podjezdka do amatorskiej jazdy. Szczególnie tym osobom, które dostrzegają za bardzo ogromu różnicy między 4-, 6- a 8-latkiem i którym wydaje się, że jedyna rozbieżność sprowadza się to tego, że na młodym koniu tak naprawdę jeździsz trochę krócej, a na dorosłym normalnie. U Zombiego czy Skwarka różnica psychiczna, emocjonalna i fizyczna między koniem w wieku lat sześciu (czyli teoretycznie już dorosłym!), a 8-letnim była olbrzymia. I w jednym i drugim przypadku dopiero w ósmym roku życia zaczynało się naprawdę solidnie jeździć i pracować (ale też obydwaj panowie to były dość specjalne i specyficzne przypadki).
Młody koń to olbrzymia odpowiedzialność i nie za wiele jeździeckich korzyści do razu. Niedoświadczonym jeźdźcom w parze z takim młodzikiem zawsze powiem NIE.
Jednak, żeby nie demonizować końskiej młodzieży – jeśli masz wsparcie trenera, szkoleniowca, jeźdźca, który który proces edukacji u konia będzie umiał wdrożyć i przeprowadzić, to taki wariant (i tylko taki) pozwoli uczestniczyć w procesie „tworzenia” wierzchowca od podstaw i mieć takiego zwierzaka, z którym będziecie się wspólnie znać jak łyse konie 😉 Młody koń, rozsądnie i z planem poprowadzony we współpracy z doświadczonym jeźdźcem może być najpiękniejszą przygodą życia.
Dodaj komentarz